Wywiad z czarownicą

Marta/ Eko-rozmowy

Polacy to naród zbieracki. A konkretnie grzybo-zbieracki. Chodzenie na grzyby jest tak zakorzenione w naszej kulturze, że co chwilę słychać jak emigranci w Belgii czy w Anglii łamią przepisy i idą do lasu nazbierać koszyki pełne darów leśnych. A co z innymi darami? Co z chwastami i zieleniną, która nas otacza? Czy wiemy, że większość „tego zielonego” dookoła jest jadalna?

O tym i o innych zbieracko-zielarskich sprawach porozmawiam z moją osobistą czarownicą, Celiną Parzychowską.

Zapraszam!

Ekomigrantka: Przedstaw się nam tutaj, przed milionami słuchaczy.. 

Celina: Nazywam się Celina i jestem mamą dwójki dzieci. Prowadzę konto na Instagramie @bo_sie_pobrudzisz, gdzie pokazuję , że w naturze jest dużo fajnych rzeczy do zrobienia. Wiąże się to mocno z moją pracą, ponieważ pracuję jako pedagog w przedszkolu. 

A jak to się wszystko zaczęło? Ta twoja przygoda ze zbieraniem chwastów i zielarstwem.

Pracowałam w grupie “Naturgruppe”, która dużo czasu spędzała na dworze. Dzieci pytają o wszystko, chcą wiedzieć co je otacza. A ja nie znałam odpowiedzi na te pytania.  Musiałam mieć ciągle telefon przy sobie, żeby móc guglować jak nazywa się ta roślinka, ten ptaszek, to drzewo. I to był dla mnie taki kop, żeby się po prostu dowiedzieć bez ciągłego sprawdzania w telefonie. 

Teraz chodzisz po lesie, po górach, zbierasz te wszystkie zioła, pokazujesz swoim dzieciom które są jadalne, a które omijać szerokim łukiem. 

Tak, choć głównie chodzi nam o przyjemność bycia na dworze i o naukę poprzez zabawę. Moim pierwszym motywatorem było to, żeby móc pokazać dziecku: “słuchaj, mniszek lekarski jest do zjedzenia”. Dzieci poznają świat organoleptycznie, więc wsadzają do buzi wszystko, co się da. Jak jesteś z dziećmi na spacerze to one jedzą to co znajdują. Więc takim fajnym odkryciem i takim jakby uwolnieniem był fakt, że nie truję dzieci. Że można jeść koniczynę, mniszek lekarski, wierzbówkę, że nasturcja, która jest śliczna i do tego zdrowa.

Ja próbowałam z moją starszą córką nazrywać koniczynę. Ona nudzi się po 5 min. Jakieś rady jak zachęcić dziecko do zbieractwa?

Zbudować aurę ekscytacji, że idziemy na wyprawę po “skarby”. Gdy w przedszkolu szliśmy szukać mniszka lekarskiego, dzieci miały na kartce zdjęcie roślinki. Rozmawialiśmy jak ona wygląda, jak można tę roślinę używać, że można ją jeść, bo cała jest jadalna. Ciekawiło je jak ona smakuje. Rozmawialiśmy, też jakie są nasze oczekiwania odnośnie smaku i zapachu. No i ta radość kiedy dzieci znajdują pole mniszka lekarskiego jest po prostu nie do opisania. 

I tu nie chodzi o to, żeby nazbierać nie wiadomo ile. Nie pójdę z dzieckiem, żeby zerwać kilogram koniczyny, ale żeby nazbierać słoiczek. Swój własny słoiczek koniczyny. I wtedy jest satysfakcja. Chodzi o to, żeby dawać dzieciom zadania w zbieractwie (i nie tylko), które są w stanie wykonać małym, ale nie za małym kosztem.

No dobra, a jak dużo roślin jest jadalnych na szlaku? Bo wiesz, zawsze myślałam, że raczej niewiele. Szczaw może i tyle. Że jak kupię sobie sałatę w sklepie to ok, ale trawki na łące to już nie spróbuję, bo nie wiem.. Otruję się, umrę..

Mam wrażenie, że prawie wszystko jest jadalne i oczywiście część bardzo trująca. Czy to jadalne smakuje, czy nie to już inna kwestia. Tak naprawdę to raczej trudno jest się zatruć, jak szuka się znanych roślin. To taki pierwotny lęk przed tym, że pójdę i nazbieram. Bo siuśki, bo brudno, bo zanieczyszczenia, bo się zatruję… Ale jak kupujemy jedzenie, to nigdy nie wiemy z jakiego jest ono źródła, jakimi pestycydami zostało potraktowane. Nie wiemy jak było przechowywane i gdzie i kto tego dotykał… I to, że umyjemy je wodą nie znaczy, że to będzie czyste. Pytanie, dlaczego te maliny ze sklepu tak długo się trzymają, a te które nazbierasz dziko do słoika i niesiesz jak prawdziwy skarb, po chwili się rozgniatają.  Na pewno chodzi o inny gatunek, no ale też o to, że te maliny rosną jak chcą i nikt im w tym nie pomaga. I to jest fajne.

Jaka jest twoja ulubiona jadalna roślina?

Szczawik zajęczy (nie mylić ze szczawiem). Jest pyszny. A do tego chyba koniczyna, ale jadłam ją już jako dziecko, nie wiedząc jeszcze, że to można. 

A czy chwasty pojawiają się często na waszym stole?

Ja nie robię tego (jeszcze!), aby wyżywić naszą rodzinę, chociaż już zaczynają być posiłki, których głównym składnikiem jest to co znalazłam. Np. ostatnio borówka bagienna. Był makaron z borówka bagienną, robi się sernik, dżem..

No tak, ale borówka jest łatwa. Tak jak malina, jeżyna, jagoda. Chodzi mi bardziej o zielone, o chwasty.

Pokrzywa. Zupa z pokrzywy to ulubiona zupa mojej córki. I do tego jak dodasz to, co za tą zupą stoi, czyli to, że sama zebrała składniki, to jest to moim zdaniem fenomenalne. 

Czy masz jakieś rady dla początkujących zbieraczy?

Nauczyć się na początku rozpoznawać rośliny, które są trujące. I jeśli masz tę wiedzę w zanadrzu to wtedy łatwo jest mieć taką pewność siebie i spróbować roślin które wiemy, że są jadalne, i do tego wiemy, że na pewno nie są trujące. A także próbować najpierw w małych ilościach nowej rośliny. Nie od razu całymi kilogramami. Żeby sprawdzić jak zareaguje nasz organizm, czy nie jesteśmy uczuleni itp. Warto zacząć od pokrzywy, podagrycznika, szczawiku zajęczego, szczawiu, przywrotnika pospolitego, mniszka lekarskiego. 

A jak to wygląda prawnie w Norwegii? Mogę sobie pójść i nazbierać co chcę?

Tak, możesz. Oczywiście jak zaczynasz czytać o roślinach, to dowiadujesz się, która jest chroniona, i tak jak w Polsce, tak i tutaj, nie możesz chronionych zbierać. Ale poza prawem ustawowym, jest też takie “savoir vivre zbieracza”, czyli żeby nie wyzbierać wszystkiego. Jeśli masz powiedzmy borówkę, to nie zbierasz wszystkiego z krzaka, gdyż musimy się dzielić naturą z innymi zwierzętami, robaczkami, ludźmi. Nie możesz też uszkodzić rośliny, jeśli nie zbierasz korzeni lub bulw. Jeżeli zbierasz kwiaty wierzbówki powiedzmy, to nie musisz przecież tej rośliny zrywać. 

Poleć jakieś fajne stronki, gdzie można poczytać o zbieraniu.

Fajne rzeczy o norweskim zbieraniu możesz poczytać tu. Po polsku ciekawe informacje znajduję z reguły tutaj

Celina! Bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę! To na koniec jeszcze podziel się jakimś sprawdzonym przepisem na chwasta.

Sok z wierzbówki kiprzycy na wypasie od Celiny

Sok z wierzbowki kiprzycy
Zdjęcia pochodzą z archiwum autora
  • 150-200 gram kwiatów wierzbówki
  • 50 kwiatów koniczyny łąkowej  (czerwonej), ale moze byc tez biala
  • garść malin
  • 1 litr wrzącej wody
  • 500 gram cukru (może być brzozowy lub brązowy)
  • 2 cytryny

Biorę duży słoik i wypełniam go kwiatami wierzbówki. Zbieram je w czystym miejscu, z dala od drogi. Zazwyczaj w sąsiedztwie znajdziecie zarówno maliny jak i koniczynę, ale bez nich, też da radę. 

Zebrane kwiaty wysypuję na biały papier i pozwalam na ucieczkę wszystkim robakom – około 2h im to zajmuje. Kwiaty możecie po tym odrobaczaniu przemyć, albo i nie. Wsadzam je do słoika, dodaję maliny, cukier, sok z dwóch cytryn i zalewam wrzątkiem. Szczelnie zamykam i jak już wystygnie, to wsadzam do lodówki na 4 dni. Codziennie trzeba słoikiem trochę potrząsnąć. Po 4 dniach przelewam przez gazę i mam sok. Można pasteryzować, można pogotować dłużej i zrobić syrop, albo można zamrozić. W lodówce może stać około tygodnia. 

Share this Post